Alpy Sabaudzkie: Tour du Mont Blanc

7 – 13 VII 2019

 

Passy – Grand Col Ferret (2.537m n.p.m.) – Col de la Fenetre (2.245m n.p.m.) – Aiguille du Midi (3.842m n.p.m.) – Północna Droga Balkonowa – Lac Blanc – Brévent (2.525m n.p.m.) – Chamonix

Tour du Mont Blanc jest to sieć 170km szlaków po masywie Mont Blanc. Nazywa się je też szlakami lub drogami w cieniu Mont Blanc. Okalają najwyższy szczyt Europy, wiodą przez trzy kraje: Francję, Włochy i Szwajcarię (w tym ostatnim należy pamiętać o wyłączeniu transmisji danych w komórkach! – ceny w Szwajcarii są wysokie), czasem prowadzą nas w inne pobliskie masywy. We Francji oznaczane pasami zielono-czerwonymi, zaś we Włoszech kwadratem z literami TMB.

Udałem się tam na zorganizowany trekking z firmy Sport Events. Pojechaliśmy sporą grupą, bo czterdziestu kilku osób, z dwoma przewodnikami. Bałem się jechać w takim „stadzie”, ale okazało się, że się chodziło dobrze. Poza tym nie oszukujmy się – TMB nie są szlakami, gdzie można liczyć na odpoczynek od ludzi, więc można śmiało iść ze swoimi.

Wyjazd zorganizowany był bardzo porządnie. Spaliśmy w hotelu w Passy, gdzie mieliśmy śniadania, otrzymywaliśmy prowiant na drogę i jedliśmy obiadokolacje. Stamtąd jeździliśmy autokarem na trekkingi, które pokonywaliśmy albo wspólnie, albo dzieląc się na dwie grupy: idącą wariantem krótszym i dłuższym (nie zawsze trudniejszym).

 

I trekking

Courmayeur  (Włochy) – Grand Col Ferret (2.537m n.p.m.) – La Fouly (Szwajcaria)

Bardzo przyjemny trekking na rozgrzewkę. Najpierw tunelem pod Mont Blanc dojechaliśmy do miejscowości Courmayeur, gdzie wsiedliśmy w lokalny autobus, by dojechać do początku naszego przejścia. Ruszyliśmy piękną doliną na przełęcz Ferret, będącą najwyższym punktem, który zdobyliśmy w czasie wyjazdu. Następnie zeszliśmy do miejscowości Ferret, skąd zabrał nas autokar.

Dolina, z której przyszliśmy

Szliśmy jakieś 6-7 godzin, wejścia i zejścia było ok. 700m. Nie było ani za gorąco ani za ciepło, przelotnie kropiło.

 

II trekking

La Gorge – Col de la Fenetre (2.245m n.p.m.) – La Gorge

Kościół Notre Dame de la Gorge

Ruszyliśmy z La Gorge doliną do schroniska Nant Borant (1460 m n.p.m.). Tu się podzieliliśmy na dwie grupy. Ci, którzy chcieli mieć dłuższe postoje poszli nad pobliskie jeziora Jovet (2194 m n.p.m). Oni wracali tą samą drogą. Pozostali ruszyli na przełęcz Fenetre. Zaczęła się wtedy lampa, słońce zaczęło mocno przygrzewać, a ścieżka zamieniła się w rumowisko złożone z drobnych skał. Wkroczyliśmy w pasmo przyległe do masywu Mont Blanc (który był okryty chmurami). Zejście było już o wiele sympatyczniejsze; do momentu, gdy zeszliśmy do lasu: tam droga zrobiła się bardzo stroma. Zakosami schodziliśmy wśród drzew.

Góry, w których leży przełęcz Fenetre

 

III trekking

Le Fayet – tramwaj “du Mont Blanc” – Col de Tricot (2.120m n.p.m.) – Miage – Chalets du Truc – Les Contamines-Montjoie

Tramwajem wjechaliśmy na wysokość 1.800m (na przystanek Bellevue).

Stamtąd lasem ruszyliśmy na mostek linowy zawieszony nad doliną lodowcową.

Następnie na przełęcz Tricot i zejście do schroniska Miage. Było gorąco. Ci, którzy czuli się już słabo lub skarżyli się na kolana, zeszli drogą do Les Contamines. By poszliśmy jeszcze przez sąsiedni szczyt, skąd zeszliśmy lasem do tego samego miasteczka. W drodze zmoczył nas deżdż, zaś z oddali postraszyła nas burza.

 

IV trekking

kolejka linowa na Aiguille du Midi (3.842m n.p.m.) – zjazd na Plan de l’Aiguille (2.310m n.p.m.) – Północna Droga Balkonowa – Mer de Glace – tramwaj „Montenvers” – Chamonix

Wybranie odpowiedniego dnia na tę wycieczkę spędzało sen z powiek przewodnikom. Chodziło bowiem o to, by nie wjechać kolejką w środek chmur. Właśnie ze względu na złe warunku atmosferyczne, przewodnicy dzień wcześniej w ostatniej chwili (tj. przy śniadaniu) zrezygnowali z wjazdu. Natomiast tego dnia pogoda była przednia. Najpierw wjechaliśmy ponad chmury, które z czasem się rozeszły.

Przejścia na balkony na Aiguille du Midi

Na szczyt wjeżdża się około dwudziestu minut, licząc przesiadkę. Na pierwszy odcinku mija się kilka słupów podtrzymujących linę, których mijanie powoduje rozhuśtanie wagonika. Drugi odcinek nie ma pośrednich słupów. Wpierw się jedzie niemal poziomo aż niemal wjeżdża się w skałę. Następnie kierunek jazdy zmienia się na pionowy – ma się wrażenie, że można ręka odpychać wagonik od skały.

Na Aiguille du Midi można przebywać określoną ilość czasu – wysiadając z kolejki otrzymuje się numerek na zjazd. Nasz był półtorej godziny po wjeździe. Do dyspozycji jest wiele balkonów, muzeum alpinizmu, sklep z pamiątkami i „krok w przestworzach” – malutka przestrzeń z przezroczystą podłogą nad przepaścią, na której, po odstaniu w kolejce, można stanąć i zrobić sobie zdjęcie.

Po zjeździe do pośredniej stacji, ruszyliśmy Drogą Balkonową. Znów upał zrobił się ogromny, słońce prażyło. I mnóstwo grup dzieciaków ze wszelkich stron świata. Tego dnia nie wziąłem kijków i się z tego cieszę. Co prawda trochę szliśmy, było podejście i zejście, ale w sumie nie aż takie straszne, a nie musiałem się z nimi optykać w kolejce i na szczycie.

Kolejka na Aiguille du Midi

Przy Mer de Glace za to spotkał nas zawód. Okazało się, że wagoniki do wydrążonej jaskini w lodowcu przestają schodzić wcześniej, niż przewodnicy myśleli. Za to zjechaliśmy wcześniej tramwajem do Chamonix i tam mieliśmy czas wolny.

 

V trekking

Tre le Champ – Lac Blanc (2.352 m n.p.m.) – Argentiere

Cel był oczywisty – piękne jezioro Lac Blanc, malowniczne widoki i schronisko, w którym można było wypić np. czekoladę (podawaną tak jak herbata w miseczkach).

Lac Blanc

Lecz droga była wariacją naszych przewodników, bowiem zaplanowana trasa zakładała wjazd kolejką Flegere, która została wyłączona z użytkowania ze względu na remont, tak więc nasi przewodnicy znaleźli inną drogę. Warianty były dwa – krótszy i dłuższy. Oba tak samo trudne, bowiem drabinki, które stanowiły najcięższą część szlaku, były na fragmencie wspólnym. Dłuższa trasa była po prostu dłuższa, za to przy wspomnianym cudownym jeziorku.

Widok na Mont Blanc znad jeziorka Lac Blanc

 

VI trekking

Col de la Forclaz (1.526m n.p.m; Szwajcaria) – Col de Balme (2.191m n.p.m.) – Tre le Champ

Rozpoczęło się „autostradą” – szeroka ścieżka przez las, niemal niewznosząca się. Lecz po przejściu rzeczki zaczęło się pod górę, w słońcu i gorącu. I tak trwało aż do schroniska szwajcarskiego (przyjmującego franki jak to w Szwajcarii).

Później już było dość płasko, fragmenty po wielkich płatach śniegu. I zrobiło się dość chłodno. A na przełęczy Balme tak już wiało, że ciężko było wytrzymać. Na szczęście dalsza droga osłoni nas od gnających mas powietrza.

 

VII trekking

kolejka linowa na Planpraz (2.000m n.p.m.) – Brévent (2.525m n.p.m.) – Planpraz – zjazd do Chamonix

Ostatni dzień w Alpach i Francji. Ostatni dzień chodzenia.

Dzień rekreacyjny. Pierwsza grupa wjechała na Brévent, po czym zeszła spacerkiem do stacji pośredniej i dalej zjechali. My jeszcze przeszliśmy się ze stacji pośredniej na szczyt i inną drogą z powrotem. Choć kto chciał, mógł zjechać już ze szczytu. Widoki piękne, piękna panorama masywu Mont Blanc.

Widok na Mont Blanc z Brévent; po lewej szpiczasty ze stacją kolejki Aiguille du Midi

Na dole mieliśmy jeszcze sporo czasu wolnego w Chamonix.

Z ciekawostek – przy basenie miejskim można wykupić sobie skorzystanie z prysznica za 3€.

 

Flora i fauna

Jak pięknie kwitną rośliny w Alpach.

A ile zwierząt spotkaliśmy. Kozice, świstaki, zaskrońce i śpiewające ptaki.

Też gospodarczych. W wielu miejscach można spotkać pasące się krowy. A w związku z tym i pastuchy elektryczne. Potrafią być prowadzone przy samej ścieżce, pod napięciem, ale nikogo to nie dziwi. I w sumie mnie już teraz nie. Na początku tylko tyle, że w polskich górach się z tym nie spotykałem.

I owadów też nie brakuje. Ale o dziwo nie są agresywne i w porównaniu z polskimi rzadko siadają na człowieku. Wieczorami na stole mnóstwo komarów spoczywało, lecz nikogo nie gryzły.

 

Przewodnicy

Przewodnicy trafili nam się bardzo mili. Doświadczeni. Zgodnie z ofertą biur, mieli uprawnienia UIMLA.

Hotel

Hotel był fantastyczny. Większość (niestety nie wszystkie) pokoi składała się z dwóch: sypialni z małżeńskim łóżkiem i drugiego wyposażonego w aneks kuchenny, z piętrowym łóżkiem. I oczywiście łazienka. W takich przepastnych pokojach spaliśmy po dwie osoby.

Co do jedzenia – smakowite. Na śniadanie (godz. 7ma) i obiadokolację (godz. 19ta) był szwedzki stół. Rano powtarzał się zestaw: jajecznica, parówki, bekon, sery, wędlina, naleśniki, croissanty, owoce, kawa, herbata, sok. Do tego na osobnym stole mieliśmy ułożone bagietki, masło, jakąś wędlinę i ser – do przygotowania sobie na drogę – taka bagieta spokojnie wystarczała w górach.

Wieczorami serbski szef kuchni nas po prostu rozpieszczał. Można było sobie skomponować wielodaniowy posiłek. Wybieraliśmy między przystawkami, sałatkami, zupami, daniami głównymi (za zwyczaj dwa do wyboru), surówkami, przeróżnymi gatunkami sera oraz deserami (m.in. trzykrotnie był krem brulee, raz tiramisu). Zaś na stołach czekały na nas dzbany wina i wody.

Mankamentem hotelu była jego odległość – z centrum Passy było pół godziny po serpentynach, a przecież jeszcze do szlaków kolejne kilometry. Z drugiej strony to położenie miało wiele zalet. Mogliśmy się cieszyć ciszą i spokojem, ponad miastem nie jeździły autokary, samochody, nie było gwaru. I piękne, piękne widoki. I lepsza aklimatyzacja niż w dolinie.

Widok z mojego okna

W hotelu tym cieszyliśmy się także dużą swobodą. Fakt, że poza łykendami właściwie nie było innych gości. Przed budynkiem stał długi stół, przy którym wieczorami siadaliśmy. Jednego z pierwszych wieczorów, godzina 22:10, zmierza k’nam pracownik hotelu. Przewodniczka od razu spytała się go, czy mamy już się rozejść. Na co on: nie, spokojnie, proszę siedzieć, chciałem tylko spytać, czy w związku z tym nie chcą Państwo śniadania o późniejszej godzinie.

My oczywiście zawsze punktualnie na siódmą wstawaliśmy na posiłek. Potem cały dzień chodzenia, wieczerza, alkohol do późna i znów z uśmiechem i entuzjazmem na siódmą śniadać i punkt o ósmej wyjazd autokarem. Od 22 do 72 lat.

 

Podsumowując

Alpy Sabaudzkie są przepiękne. Momentami jak Tatry: rzeźba, flora, fauna. Momentami jak Tatry tylko nieco wyżej. Momentami zupełnie inne. Zaskakujące. Szczerze polecam.