Norwegia: góry Jotunheimen

17 – 22 VII 2018

Gjendesheim – Memurubu – Gjenbedu – Spiterstulen – Galdhøpiggen (2.469m n.p.m.)  – Spiterstulen – Lom

Zatknięta przez nas flaga na najwyższym szczycie Norwegii.

 

Góry Jotunheimen są niezwykle majestatyczne i piękne, choć momentami niezbyt przyjazne wędrowcom. Nie mniej na wszystkich szlakach spotkamy Norwegów przemierzających masyw ze swoimi psami.

 

Skrzyżowanie szlaków.

 

 

Dzień pierwszy: Gjendesheim – jezioro Bjørnbøltjønne

Wędrówkę zaczęliśmy z Gjendesheim, dokąd dojechaliśmy autobusem. Na miejscu jest mały sklep z jadłodajnią i toaletą. Można tam też kupić nielaminowaną mapę gór, która kosztuje – bagatela – 350 koron (my w przybliżeniu przeliczaliśmy kwoty dzieląc je na pół, a więc dla przykładu, ta mapa kosztowała około 175zł). Na szczęście pani za ladą nie miała nic przeciwko, abyśmy zrobili zdjęcie takiej mapy, która była rozwieszona na ścianie. Oto one z naniesioną trasą, którą pokonaliśmy:

 

 

 

 

 

 

 

Ciekawą sprawą są promy w tym miejscu. Otóż Gjendesheim leży razem z Memurubu i Gjenbedu wzdłuż jednego jeziora polodowcowego. Z czego przejezdna droga prowadzi tylko do tego pierwszego. Stąd większość piechurów przypływało do kolejnych miejsc i stamtąd ruszali pieszo z powrotem do Gjendesheim. Promy odpływały kilka razy dziennie, zaś cena biletów mieściła się w granicach 200kr. Więcej informacji można znaleźć na stronie: https://www.gjende.no/ (dostępnej także w wersji angielskiej i niemieckiej).

 

My jednak ruszyliśmy z buta, początkowo szło się przyjemnie, lecz niebawem zaczął nadciągać tłum z drugiej strony. Na odcinku Memurubu – Gjendesheim okazał się to najbardziej ruchliwy szlak w Jotunheimen. Niekończąca się rzeka ludzi (i psów). Fakt, że widoki na tym odcinku są uważane za najpiękniejsze w Norwegii.

 

Widok uważany przez wielu za najpiękniejszy w Norwegii –

– przykuwa wzrok różnica poziomów i barwy dwóch jezior polodowcowych.

 

Szlak był dobrze oznakowany czerwonymi literami „T” (będzie to oznakowanie wszystkich tamtejszych szlaków). Szliśmy ścieżkami, były momenty delikatnej wspinaczki, sporadycznie łańcuchy. Nam utrudniały drogę ciężkie plecaki, które ważyły po 20 kg i zmuszały nas do częstych postojów. Nie mniej było warto ruszyć w tę drogę, widoki były piękne.

 

 

Z naszym obciążeniem nie byliśmy w stanie dojść w okolice schroniska. Znaleźliśmy dobre miejsce do rozbicia namiotu nad jeziorem Bjørnbøltjønne. Okolica nie sprzyjała obozowaniu – rumowiska i krzywizny terenu, ale udało nam się znaleźć miejsce równe, w miarę ziemiste, z resztą ze śladami wcześniejszego użytkowania. Z czasem przyszła jeszcze grupa, która znalazła miejsce nad drugim brzegiem jeziora. Jezioro dało nam wodę do gotowania i mycia się, moi towarzysze nawet się w nim wykąpali (nago – ale nagość w Norwegii nie jest czymś gorszącym – jeżeli widzieliśmy w górach kogoś kąpiącego się, to zawsze był obnażony). Ja, pomimo szczerych chęci, nie wszedłem, gdyż woda była dla mnie za zimna.

 

 

Może warto abym wspomniał, iż w Norwegii można rozbijać namiot w dowolnym miejscu, o ile znaki w danym miejscu nie stanowią inaczej (dzieje się tak np. przy schroniskach lub ujęciach wody pitnej dla osad), i zachowuje się odstęp 150m od zabudowań. Jeżeli zdecydujemy się rozbić na terenie prywatnym – po pierwszej nocy należy uzyskać zgodę właściciela na pozostanie przez dłuższy czas.

 

 

Dzień drugi: Bjørnbøltjønn – Gjendebu

 

Tego dnia natura obudziła nas dwa razy. Wpierw o 3ciej nad ranem dzięki dyspucie reniferów. Nie udało się nam ich zobaczyć, ale wyraźnie słyszeliśmy. Był to dźwięk podobny do wydawanego przez łosie. Wtóry raz – ulewa i wietrzysko, które niemal całkowicie spłaszczyło nas namiot. Gdy po dłuższym czasie wiatr się uspokoił, zwinęliśmy namiot w dżdżu.

 

Na śniadanie zeszliśmy do schroniska w Memurubu. Tam skosztowaliśmy czegoś, co się później okazało bardzo popularne w Norwegii, nie mniej tam było największe i najsmaczniejsze. Otóż gofr, zwany vafler, okrągły, składający się najczęściej z sześciu kawałków w kształcie serca, do którego klient może sobie nałożyć wedle uznania jogurt i różne (2-3) rodzaje dżemu. W Memurubu w zestawie z nieograniczoną ilością kawy dla jednej osoby kosztował 60kr.

 

Jeden z widzianych po drodze reniferów.

 

Za dnia szło się przyjemnie, szlak był mocno urozmaicony, przez ścieżki, po łąkach, wśród głazów, tereny płaskie i strome. W słońcu, z przerwami na opalanie, podczas ulewy i chroniąc się pod skałami w czasie burzy. Postanowiliśmy dotrzeć do ostatniego schroniska – Gjendebu. Ostatni odcinek był morderczy. Okazało się, że musieliśmy zejść ponad 200 metrów w dół po niemal pionowym zboczu. Sporą część stanowiły łańcuchy, po których nie łatwo się schodziło z ciężkimi plecakami i to tego w dżdżu. Zejście zajęło nam koło dwóch godzin.

 

W Gjendebu postanowiliśmy wziąć najtańszy nocleg: za 213kr od osoby dostaliśmy materac w wieloosobowej sali w wolnostojącym budynku, bez ogrzewania, prądu i szczelinami między deskami w ścianach. Nie mniej był to jeden z naszych najbardziej komfortowych noclegów podczas całej wyprawy do królestwa króla Haralda. Była tam porządna suszarnia i prysznice z ciepłą wodą – niestety dodatkowo płatne 20kr.

 

 

Dzień trzeci: Gjendebu – dolina Visy

 

Ów dzień miał się okazać najtrudniejszym. Choć początkowo nic tego nie zapowiadało. Przyjemne dróżki, piękne widoki. Wszystko było dobrze, dopóki ze szlaku wiodącego do Langvassbua nie odbiliśmy w stronę Spiterstulen. Zaczęło się wielkie rumowisko z wielkimi kamieniami. Najpierw pod górę, kiedy to nie było po drodze żadnej wody pitnej, następnie wzdłuż jezior polodowcowych (w których jeden z moich kompanów się wykąpał – brrrr!) a następnie w dół do doliny rzeki Visa. Wielki skład kamieni, z których część się ruszała, łatwo było źle postawić stopę i się przewrócić lub zwichnąć nogę w kostkę. Wielogodzinny marsz wymagający skupienia i czujności. Już nie wśród zieleni, lecz surowych skał. Co nie zmienia faktu, że miejsce ciekawe, ale nie z tak ciężkimi plecakami. Gdy zbliżaliśmy się do Visy, nie posiadaliśmy się ze szczęścia, gdy zaczęła się ziemna ścieżka. W dolinie Visy znaleźliśmy miejsce do rozbicia namiotu. Nie nad samą rzeką, gdyż nie da się podejść do jej brzegów – stanowią je stojące w wodzie porozrzucane głazy porośnięte różną roślinnością. Ale znaleźliśmy plac, częściowo porośnięty mchem, w miarę blisko od potoku. Niestety bliżej nie było równego miejsca.

 

 

 

Dzień czwarty: Zdobycie najwyższego szczytu

 

Następnego dnia dotarliśmy dość szybko do schroniska Spiterstulen, które miało być naszą bazą wypadową na najwyższy szczyt Królestwa. Rozbiliśmy namiot na terenie schroniska, aby mieć dostęp do suszarni i prysznicy. Kosztowało nas to 80kr od osoby we własnym namiocie. Rozbiliśmy namiot, ogarnęliśmy się, zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy na Galdhøpiggen.

 

Schronisko Spiterstulen.

 

Wiodą tam dwa szlaki: jeden z malowniczo położonego schroniska Juvasshytta. Jednak jest to droga przez lodowiec i wymagana jest obecność przewodnika. Szlakiem z Spiterstulen można iść samemu. My ruszyliśmy o godz. 12.30, szczyt zdobyliśmy o 17tej, o 18tej zaczęliśmy schodzić, by dotrzeć o 21.30 do namiotu.

 

 

Jak cudownie się szło bez dużych plecaków. Wzięliśmy ze sobą jedynie wodę, polar, okulary przeciwsłoneczne, czapkę i szalik, butlę z gazem, menażkę i obiad liofilizowany, batony, flagę i kijki. Pierwszy odcinek był stromy, zielony, ścieżka raz ziemista raz kamienista. Szybko skończyły się trawy i zaczęło się rumowisko, gdzieniegdzie przerywane połaciami śniegu. Było na tyle ciepło, że szedłem bez koszulki. Po około 700m wzwyż skończyło się najbardziej strome podejście. Tu już bardziej wiało, trzeba było się ubrać. Jakiś czas było płasko, potem znów pod górę. Cały czas rumowiskiem. Podczas jednego z postoju zrobiliśmy sobie obiad.

 

 

Podejście pod sam szczyt jest po śniegu. Śniegu który był wilgotny – topił się. Ale nie stanowił poważnej przeszkody.

 

Idąc na Galdhøpiggen przechodzi się przez trzy niższe szczyty –

– jeden z nich można było obejść, idąc po lodowcu.

 

Z Galdhøpiggen rozciąga się piękna panorama. Na szczycie jest maleńka kawiarenka, gdzie można napić się kawy, herbaty, czekolady, wody, kupić sobie batona. My kupiliśmy sobie za 50kr po puszcze Solo. Jest to napój przypominający Fantę, jednak mniej nagazowany, o wyraźniejszym smaku pomarańczy i zdecydowanie słodszy.

 

Kawiarenka na szczycie.

Pies Polaka urodzone w Norwegii odpoczywający po zdobyciu Galdhøpiggen –

– od jego pana usłyszeliśmy, jak wymawia się nazwę tego szczytu,

lecz żadnemu z nas nie udało się jej powtórzyć.

 

Po zejściu do Spiterstulen czekała nas przykra niespodzianka – pod prysznicem była tylko zimna woda :-( Na szczęście suszarnia należycie działała.

 

 

Zdobycie najwyższego szczytu Norwegii postanowiliśmy uczcić piwem w schronisku. W sali wypoczynkowej mogliśmy się ogrzać. Piwo Lom za butelkę kosztowało 115kr. Chipsy zaś za malutką paczkę 15g – 15kr. Były dostępne w trzech smakach: solone, pierz i sól oraz paprykowe.

 

 

Piąty dzień: Lom

Piątego dnia opuściliśmy góry Jotunheimen. Udaliśmy się autobusem do miejscowości Lom, nazywanej przez Polaków „norweskim Zakopanem”. Klimatyczne miasteczko, z kilkoma sklepami. Z zabytków jest protestancki kościół, którego zwiedzanie jest płatne, a niedzielne nabożeństwo odbywa się co trzeci tydzień. Za darmo można za to zwiedzać skansen.

 

Kościół w Lom

 

W Lom znajduje też się podobno najlepsza w kraju piekarnia o nazwie „Bakeriet i Lom” czyli po prostu „piekarnia w Lom”. Faktycznie – wypieki mają wyśmienite. Mi bardzo smakowało ciastko wiedeńskie z jabłkiem za 37kr. Do tego można było kupić sobie kawę za 30kr. Wyśmienite mieli chleby, np. czteroziarnisty kosztował 45kr. Natomiast za 52kr nabyliśmy fantastyczny chleb z oliwkami. Biały, pulchny, z całymi oliwkami, nasmarowany oliwą. Na kanapki raczej słaby, ale zajadaliśmy się nim, urywając po kawałku i jedząc samego.

 

Skansen w Lom.

 

Następnego dnia ruszyliśmy autobusem w dalszą podróż po Królestwie Norwegii…

 

 

fotografie: Gerotinus