Norwegia: kolej

 

Na dalekie dystanse kolej stanowiła nasz główny środek transportu. Choć w pewnych przypadkach może być równie opłacalny wykup karnetu na loty krajowe. Ale to już odsyłam na strony Norwegiana i innych norweskich linii lotniczych.

 

NSB – Norweskie Koleje Państwowe

Norges Statsbaner (w skrócie NSB) wożą pasażerów po całej Norwegii. Trzeba przyznać, iż składy są na wysokim poziomie, toalety są z pełną automatyzacją, z drzwiami otwieranymi i zamykanymi przyciskiem. Dodatkowo na nocnych połączeniach dostaniemy w cenie biletu zestaw: kocyk, dmuchana poduszka, opaska na oczy i stopery.

Wieża dworca w Oslo

(za plecami fotografa jeden z nielicznych kantorów w Norwegii)

Bilety nie są tanie, lecz z odpowiednim wyprzedzeniem można znaleźć korzystne promocje.

Konduktorów cechuje wysoka kultura osobista, lecz nie zawsze starają się zrozumieć zagubienie w norweskim rozumowaniu zagranicznych gości. Zrozumienie trzeba na nich wymusić. Wtedy można liczyć na poradę, rozwianie wątpliwości czy nawet pójście na rękę mimo obowiązujących zasad. Jednak bardzo rzadko się zdarza, by konduktor sam zaproponował pomoc.

 

Bilet Interrail Pass

Jeżeli chcemy podróżować po Europie koleją, warto zainteresować się biletami Interrail. Jest wiele rodzajów takich biletów, w tym na jeden kraj, na kilka. Oferta obejmuje tylko wybrane kraje i nie obejmuje podróżowania po kraju zamieszkania (z wyjątkiem wyjazdu i powrotu w przypadku biletu na kilka krajów).

My zdecydowaliśmy się kupić bilet Interrail One Country Pass do wykorzystania w wybranym kraju. Za bilet do wykorzystania w wybrane cztery dni w ciągu wybranego miesiąca w Norwegii zapłaciłem 171€. W Polsce najprościej taki bilet kupić w kasie PKP na dowolnym dworcu. Ja kupowałem na Warszawie Centralnej. Dla porównania – od znajomego wiem, iż we Francji jest niemożliwy zakup takiego biletu na dworcu kolejowym.

Okładka biletu

Jak się korzysta z takiego biletu? Nasz miał być ważny przez miesiąc, więc po pierwsze przy zakupie, oprócz kraju, podaliśmy datę rozpoczęcia podróży, tj. 16.07.2018, a więc bilet był ważny od tego dnia do dnia 15.08.2018.

Ów bilet składa się z dwóch części: z biletu właściwego i z okładki. Na właściwym bilecie widnieje nazwisko podróżującego, kraj zamieszkania i numer paszportu lub dowodu (ów dokument trzeba mieć przy sobie, inaczej bilet nie jest ważny!) oraz rodzaj biletu, kraj podróży, datę ważności i luki, w które należy wpisać dni wykorzystania. W naszym przypadku mieliśmy do wykorzystania 4 dni pomiędzy 16.07 a 15.08 włącznie. I tu jest niezmiernie ważne, aby nie zrobić błędu przy wpisywaniu, gdyż nie można niczego kreślić lub przeprawiać. W razie błędnego wpisania daty traci się dzień przejazdu. Z tego względu wpisywaliśmy daty bardzo ostrożnie i dopiero wsiadając do pociągu, aby uniknąć sytuacji, w której wpisaliśmy datę wcześniej a następnie zdecydowaliśmy się jechać innego dnia.

Data oznacza dzień, w którym wsiadamy do pociągu. Wysiąść z niego możemy już po północy, nie tracąc kolejnego dnia z puli.

Tu ciekawostką są przejazdy nocne, które oznaczają te przejazdy, które zaczynają się między 19tą a 24tą i kończą się po 4tej. Jeżeli spełniają oba te warunki, wówczas na bilecie można nanieść datę dnia kolejnego.

Dzięki powyższym mogliśmy kreatywnie „wydłużyć” nasze 4 dni biletu do 6 dni podróży. Co było ważne, gdyż podróż z Oslo do Bodø trwała 16 godzin + przesiadka w Trondheim, na przedłużeniu której nam zależało, aby odpocząć od jazdy i przy okazji zwiedzić miasto.

Kończąc temat biletu Interrail napiszę, iż oprócz biletu właściwego i dokumentu niezbędnym elementem była okładka, na której należało wpisywać datę i godzinę rozpoczęcia podróży oraz stację początkową i końcową. Dotyczyło to każdego pociągu z osobna. To na okładce konduktorzy wybijali swoje pieczątki.

 

Miejscówka i jej zakup

Na bilecie Interrail można podróżować dowolną liczbą pociągów danego dnia. Jednak nie obejmuje on miejscówek. Jeżeli w pociągu nie ma obowiązku wykupu miejscówek, nie ma problemu, o ile pociąg nie jest przepełniony – wówczas konduktor ma prawo wyprosić z pojazdu. Jednak na szczęście nigdy nam się to nie zdarzyło. Gorzej było, gdy był obowiązek wykupu miejscówek. Taka miejscówka kosztowała 50kr, ale nie to było najgorsze…

Miejscówka wydrukowana z automatu

Po pierwsze w połączeniach, w których była wymagana, niemal zawsze było pełne obłożenie, co wymagało zakupu biletu z kilkudniowym wyprzedzeniem. W ostatniej chwili o miejscu siedzącym można było tylko pomarzyć – pozostały miejsca sypialne. Za dwuosobowy przedział sypialny (pojedynczo nie sprzedawali) należało zapłacić ponad 800kr. I takie rzeczy tylko w liniach nocnych. W dzień pozostawało liczyć tylko na wielkoduszność konduktora. I to wykorzystaliśmy, gdy jechaliśmy z Oslo do Bergen: obowiązkowe miejscówki, wszystkie wykupione. Podeszliśmy do konduktora poprosić, aby nas zabrał. On oczywiście, że nie, że są kolejne pociągi (tyle że tamtego dnia na żaden już nie było miejscówek do kupienia). W końcu mój kolega posłużył się kłamstwem, że jedziemy na samolot do Bergen i tylko tym pociągiem zdążymy. Wtedy konduktor się ugiął i wskoczyliśmy do pociągu. Okazało się, że dla całej naszej trójki znalazły się miejsca siedzące i to przy jednym stoliku!

Po drugie – samo kupienie miejscówek poza Oslo jest nie lada wyczynem!

W Oslo są kasy, więc nie ma problemu. Ale to Oslo. W żadnym innym mieście nie widzieliśmy czynnej kasy – pozostawały automaty, w których owszem można kupić bilet z miejscówką, ale samych miejscówek już nie! Pozostawało skorzystanie z infolinii. I tu zaczynała się przygoda. Najpierw się dodzwonić. Potem się dogadać. Na szczęście wszyscy Norwegowie znają angielski i większość zna także niemiecki, co nie znaczy, że my znaliśmy biegle te języki. Ale po angielsku w bólach dało radę wytłumaczyć, co potrzebujemy. I poprosić o miejsca w wagonie bez zwierząt. Musieliśmy między innymi podać numer karty i jej kod CVV, aby umożliwić kolei pobranie opłaty, a także adres mejlowy, aby przesłali kod, który należało wpisać do automatu na stacji, dzięki któremu automat drukował miejscówkę. I w tym momencie najgorszym, co można było zrobić, było się rozłączyć. Ponieważ zawsze (!) źle wpisywali adres mejlowy i kod nie dochodził. Tak więc należało zostać na linii, sprawdzić w między czasie skrzynkę i w razie braku wiadomości poprosić konsultanta o podyktowanie kodu. Po tym wszystkim już obsługa automatu była dziecinnie prosta.

 

Na koniec dwie porady dotyczące podawania adresu mejlowego po angielsku:

 

  1. „@” po angielsku to wcale nie jest „monkey” ;-). Mówiąc tak, wywołaliśmy po drugiej stronie słuchawki ogromną konsternację. Otóż małpa po angielsku to „at”, zaś kropka to „dot”.

 

  1. Norwegowie płynnie mówią po angielsku, ale z literowaniem mają problemy. Dlatego warto literować: „e like elephant”, „m like Mike”, „n like Norway” itp. albo używać alfabetu „alfa, bravo, charlie, …”, który w Polsce spotkałem tylko na lotniskach i w samolotach, zaś w innych krajach jest nieco bardziej rozpowszechniony, np. niektórzy konsultanci Norweskich Kolei Państwowych go znają ;-).