Norwegia: Lofoty

23 – 28 VII 2018

 

Moskenes – Munkebu – Moskenes – Fredvang – plaża Kvalvika – plaża Horseid – Kjerkfjorden – Reine – Moskenes

 

Nasz pobyt za kołem podbiegunowym ograniczyliśmy do Lofotów, a konkretnie do wyspy Moskenesøya, dokąd dotarliśmy promem z Bodø. Poza lodowatym oceanem jest to wspaniałe miejsce, nazywane „Norwegią w pigułce”, gdyż są tu i fiordy, i góry, i jeziora, i wspaniałe krajobrazy, i oczywiście morze.

Bodø i prom

Do Bodø dotarliśmy po długiej podróży koleją. Stąd odchodzi kilka promów na wyspy lofockie. Niestety trzeba mieć na względzie, że połączenia mogą być odwołane, o czym będzie informować skromna kartka wywieszona przy kasie z napisem po norwesku. Inną osobliwością jest różny rozkład połączeń w poniedziałku, środy i piątki oraz we wtorki i czwartki (i oczywiście inny w soboty i inny w niedziele). Do Moskenes płynie się od 3 do 4 godzin – tyle by niezauważalna część pasażerów dostała choroby morskiej. Przy nieznacznej chorobie pomaga patrzenie na horyzont bez poruszania gałkami ocznymi, dzięki czemu głowa nie kołysze się ze statkiem. Na statku jest bar – przekąski na ciepło, na zimno i lody.

Za wejście na prom do Moskenes zapłaciliśmy po 221kr. Więcej informacji można znaleźć na stronie www.torghatten-nord.no.

Samo Bodø nas nie zachwyciło. Miasto jak miasto. Można się wybrać na spacer do portu jachtowego, który jest ładnym miejscem, i dalej wzdłuż brzegu. W mieście jest galeria handlowa. Tam korzystaliśmy z BurgerKinga, gdyż w promocji cheeseburger i kawa kosztowały zaledwie 21kr – szok! Vis à vis portu jachtowego i promowego widać Nyholms Skandse – niewielką fortyfikację, którą można za darmo zwiedzić i gdzie można zjeść przyniesione ze sobą drugie śniadanie. Można tam dojechać samochodem lub dojść idąc przez port przemysłowy. Potrzeba na to czasu, nam dojście zajęło trzy kwadranse, wśród różnych portowych budowli, i śmierdzących zdechłych ryb.

 

Pole namiotowe w Moskenes

Przy porcie, do którego przybija prom, znajduje się pole namiotowe. Korzystaliśmy chętnie z tego miejsca. Za rozbicie namiotu i jedną osobę płaciliśmy 180kr, a za każdą kolejną osobę -60kr. Były prysznice z ciepłą wodą, umywalnia. Za żeton do pralki lub suszarki płaciło się 20kr. My praliśmy ręcznie, ale żeby mieć szansę na suche rzeczy korzystaliśmy z suszarek. Rano stawaliśmy na wysokim brzegu i oglądaliśmy przypływające walenie.

Pole namiotowe w Moskenes

Stamtąd zrobiliśmy całodzienną wyprawę w góry do chatki Munkebu. Chatka jest dostępna jedynie dla członku związku turystycznego i trzeba wcześniej odebrać do niej klucze. Ale był to nasz punkt orientacyjny, do którego prowadził szlak przez malownicze góry.

Chatka Munkebu

Droga była trudna, mokra, śliskie skały i błoto. Szlak słabo oznaczony, albo czerwonymi kropkami, albo kamiennymi kopczykami. Zdarzały się też łańcuchy. Dodatkowo pochmurna aura, przelotnie częstująca nas dżdżem. Niemniej widoki rozweselały nasze dusze i się bardzo cieszymy, że się tam zapuściliśmy.

 

 

Wyprawa na plaże północy

Trzydniowa wyprawa na północną część wyspy Moskenesøya stanowiła clou naszego wyjazdy za koło podbiegunowe. Autobusem dotarliśmy do Fredvang Kryss – przystanku znajdującego się już na sąsiedniej wyspie na trasie E10, przy którym odchodzi droga do Fredvangu. Jest to przystanek w szczerym polu, nad cieśniną; po drugiej stronie brzegu widać ową miejscowość i wiodący do niej most.

Rozpoczęliśmy długą drogę, najpierw po moście, potem drogą wzdłuż cieśniny. Nie napotkaliśmy ani sklepu, ani innych wędrowców. Wszyscy przemieszczali się samochodami. Wreszcie dotarliśmy do parkingu, z którego rozpoczynała się droga na przedstawianą na wielu pocztówkach plażę Kvalvika. Prowadzi też do niej szlak z Fredvang przez góry, lecz my wybraliśmy drogę asfaltową do parkingu i krótkie przebicie przez grzbiet gór do plaży. Ów szlak był mocno uczęszczany, dobrze oznakowany, w wielu miejscach wyłożony deskami. Na plaży zaś biwakowała cała rzesza ludzi. Widzieliśmy też jednego śmiałka – ojca rodziny, który nago się kąpał w oceanie – kąpał – właściwie wszedł, chwilę się pomoczył i wyskoczył na brzeg, gdzie żona czekała już z ręcznikiem.

Kvalvika

Kvalvika.

Plaża Kvalvika składa się z dwóch części, które w porze przypływu ogradzają skały – wówczas by się dostać do drugiej, trzeba iść po skałach, gdzie dla ułatwienia zamontowane są łańcuchy. W czasie odpływu tworzy się jedna, długa plaża. My zdecydowaliśmy się rozbić namiot na drugiej części plaży, licząc, iż będzie tam luźniej. I rzeczywiście – było tylko kilka namiotów. Był strumyk, z którego mogliśmy czerpać wodę. Wieczorem ubraliśmy się cieplej, by przyjść się plażą i w romantycznej atmosferze siedząc na skale tuż przed północą oglądać zachód słońca.

Zachód słońca

Kolejny dzień był górską wyprawą ku plaży Horseid. Rozpoczęła się łagodnie. Po trawie usianej kamieniami, ozdobionej paprociami, wzdłuż jezior doszliśmy do utwardzonej drogi, idącej wzdłuż fiordu łączącego się z cieśniną, nad którą byliśmy dzień wcześniej. Ruszyliśmy tą drogą na zachód. Słońce prażyło, a plecaki ciążyły. Na końcu drogi znaleźliśmy się w malutkim skupisku domków, prawdopodobnie letnisk Norwegów – żywego ducha tam nie spotkaliśmy. Za to skorzystaliśmy ze stołu i ławeczek przy jednym z domków, aby przygotować i zjeść obiad, a także z pomostu, aby położyć się nań i poopalać.

Dalej zaczynała się już błotnista ścieżka wśród gęstych zarośli, a za nimi ostro w górę po ziemistej ścieżce. Półmetkiem podejścia było jezioro Fageråvatner, wzdłuż którego ścieżka wiodła płasko, by rozpoczęło się najbardziej strome podejście. Ścieżka była ziemisto-kamienista. Mniejsze kamienie nieraz służyły niczym schodki, zaś większe i wielkie stanowiły przeszkodę, z której się zsuwaliśmy. Wreszcie zdobyliśmy grań, z której rozciągał się jeden z najpiękniejszych widoków, które widzieliśmy za kołem podbiegunowym. Stojąc hen, hen wysoko, podziwialiśmy góry o nieregularnych kształtach otaczające jezioro Solbjørnvatnet oraz w oddali fiordy i ocean. Przepełniało nas szczęście i satysfakcja ze zdobytej grani, sukcesu, jakim było wniesienie naszych plecaków, i możliwości wytchnienia w przepięknym miejscu.

Widok na jezioro Solbjørnvatnet

Po postoju ruszyliśmy kamienistą granią do zejścia w kierunku jeziora Horseidvatnet, od którego rzut beretem była plaża, na której zamierzaliśmy rozbić namiot. Zejście z grani nie było wcale lżejsze od podejścia podeń. Przede wszystkim bardzo stromo. Nadto kamienie, głazy, kamyki, fragmenty ziemne. Z wielką ulgą dotarliśmy do doliny, gdzie szlak już łagodnie schodził ku oceanowi. Rozpoczętą tego dnia wędrówkę o godzinie 10tej zakończyliśmy o 19tej. Wędrówkę w słońcu i upale.

Widok na plażę Horseid od strony naszego namiotu

Plaża Horseid jest najszerszą plażą jaką w życiu widziałem. Od momentu wejścia na nią szedłem pół godziny by dotrzeć do brzegu (przyznaję, iż po całym dniu nie miałem zbyt szybkiego tempa). Gdy dotarłem do oceanu, moi towarzysze brodzili już w wodzie, jeden z nich się zanurzył cały. Ja nie dałem rady w tę lodowatą wodę włożyć  nawet stóp.

Namiot rozbiliśmy na końcu plaży, na wzniesieniu porośniętym trawą, na którym również inni znaleźli dogodne miejsce na spoczynek. Mankamentem okazała się odległość od wody pitnej, której trzeba było szukać spływającej po zboczach górskich. Ale warto było. W obozowisku ugotowaliśmy sobie kolację i podziwialiśmy zachód słońca.

Zachód słońca przed naszym namiotem

Ostatniego dnia wyprawy ruszyliśmy kamienistą ścieżką w stronę miejscowości Kjerkfjorden, skąd odpływa prom do Reine. Droga była spokojna, niewielkie przewyższenie, w porównaniu z poprzednimi dniami – spacerek, który zajął nam 2 godziny.

Horseid widziane z drogi do Kjerkfjorden

W Kjerkfjorden poczekaliśmy na prom, który nas zabrał do Reine. Rozkład promów i nazwy miejscowości na wyspie, które łączą, można znaleźć na stronie: http://www.reinefjorden.no/.

 

Reine

W tej dość sporej wiosce rybackiej pozwoliliśmy sobie na jedyne odwiedzenie norweskiej restauracji. Nazywała się Gammelbua. Schludna, z klimatem, wybraliśmy stolik na zewnątrz z widokiem na lofockie, czerwone, drewniane domki. Obsługiwała nas niezwykle sympatyczna Czeszka. Jedzenie było pyszne, lecz porcje typowo restauracyjne. Ja skromnie zamówiłem tylko przystawkę: røkt hvalcarpaccio (tj. carpaccio z wędzonego wieloryba) za 145kr, zaś np.  jeden z moich towarzyszy wybrał sobie: torsk (tj. dorsza) podawanego z (fantastycznym!) purée z kalafiora oraz stosowną zieleniną za 285kr razem. Oczywiście nie mogliśmy się nie napić do takiego obiadu: za swoje pół litra piwa lanego każdy zapłaciliśmy 105kr.

Po odpoczynku w Reine ruszyliśmy z buta do Moskenes, gdzie na znanym nam polu namiotowy oddaliśmy się w objęcia Morfeuszowi, by nazajutrz wyruszyć promem spowrotem do Bodø.

 

Białe noce

Na Lofotach białe noce dawały nam dużą dowolność planowaniu godziny rozpoczęcia i zakończenia wędrówki. Bowiem czas między zachodem a wschodem słońca wynosił zaledwie 3 godziny i nawet wtedy nie robiło się ciemno, lecz szaro. W związku z tym nie było momentu, w którym czuliśmy: już czas iść spać. Tę decyzję podejmowaliśmy na podstawie zegarka. Ale po zamknięciu oczu nie mieliśmy już problemu z zaśnięciem.

Na plaży Kvalvika

Noce niestety były chłodne. Spaliśmy opatuleni w śpiworach, obowiązkowo w kalesonach, skarpetach, polarach, a i tak bywało, że budziliśmy się zmarznięci. Szczególnie gdy się okazywało, że z rana góry rzucają na nas cień.

 

Sklepy

Sklepów na wyspie nie ma dużo. Dlatego trzeba szanować każdą okazję do zakupów. Jeden sklep był w Moskenes, kilka było w Reine. Natomiast w północnej części wyspy (okolice Fredvangu), która od reszty wyspy oddzielona jest fiordami i górami, a jedyna droga prowadzi z sąsiedniej wyspy, nie było ani jednego sklepu!

Lofocka wieś

 

Renifery i walenie

Oj nie – tu akurat reniferów nie oglądaliśmy, gdyż nigdy nie dotarły na te wyspy. Ale często, stając na klifach, podziwialiśmy walenie – niektóre szczególnie rano chętnie zapuszczały się pojedynczo lub  grupami.

 

fotografie: Gerotinus