Rzeszów

30 VI 2018

 

To był mój pierwszy marsz równości.

Nie lubię jeździć do innych miast demonstrować, bo mam uczucie mieszania się w nieswoje sprawy. Może gdyby ktoś osobiście mnie poprosił o wsparcie w swojej sprawie…

Tym razem jednak było inaczej – zdecydowałem się pojechać, ponieważ jest to region mojego lubego. Mam poczucie, że tak bliska relacja uprawnia mnie do uczestniczenia w marszu w innym miejscu, niż mieszkam, niż to, z którego pochodzę.

 

Zaczynając od początku – nie, nie zgadzam się ze wszystkimi hasłami parady czy marszów równości. Z tego powodu przez lata omijałem takie wydarzenia. Jednak prawda jest taka, że z perspektywy czasu nikt, ani uczestnicy, ani opinia publiczna, nie pamięta, które postulaty się pojawiły, a których zabrakło. W pamięci pozostaje tylko to, że parada, marsz był. Że geje i inne osoby lgbt istnieją. I dlatego zacząłem chodzić – by pokazać, że istniejemy, że nie pochodzimy z legend i mitów. Jesteśmy realni.

 

 

Sam marsz w Rzeszowie dobrze wspominam. Było bezpiecznie, policja stanęła na wysokości zadania. Pomimo, iż marsz dwukrotnie nie mógł przejść przez narodowców, których siłą musieli usunąć funkcjonariusze. Jednak nie to stanowiło najbardziej znamienny rys wydarzenia. Najważniejsi byli ludzie, których mijaliśmy. Z jednej strony tacy, którzy wychodzili na balkony, machający nam pracownicy służby zdrowia, ludzie obserwujący z okien. Z drugiej – mnóstwo ludzi modlących się niejako „przeciw” nam. Ale na pewno nie napiszę źle o nich, bo wielu miało dobrą wolę. Nastawieni tak a nie inaczej przez radio, prasę, księży. Ale wielu z nich zachowywało trzeźwość – w kontakcie z nami odnajdywali kogoś innego, niż sobie wyobrażali. Myślę, że przede wszystkim dla nich warto było pójść. Szczególnie wspominam bojowo nastawionego staruszka z różańcem, spodziewającego się ostrej konfrontacji, który zupełnie zmiękł, słysząc z naszej strony zaproszenie: „Chodźcie z nami!”.

 

I tu mam największy żal, podobnie jak na paradach w Warszawie, do aktywistek. Do niewyżytych kobiet, które krzyczały przez megafony podsycające nienawiść hasła. Czym narodowcy uderzali w nas, tym one uderzały w nich, pogłębiając konflikt. Na szczęście szły na czele, więc dalej było już spokojnie. Szło wielu sympatycznych ludzi, przyjaźnie nastawionych do innych, o różnym wieku, płci i orientacji. Ludzi potrafiących cieszyć się życiem i osobami wokół. Ludzi, dla których jest ważne bycie i bycie przy innych, z innymi.